Artykuły, porady, opinie

Dział który może okazać się pomocny w doskonaleniu własnego warsztatu wędkarskiego, w założeniu ma także stanowić źródło wiedzy z tematów jemu bliskich. W formie artykułów poruszane są w nim między innymi tematy związane z technikami połowu, wykorzystywanym sprzęcie wędkarskim, opisem łowisk morskich oraz wielu innych ważnych dla wędkarza kwestii.

Czytaj

Organizacja własnych wypraw wędkarskich do Norwegii

W tym dziale prezentujemy czym kierujemy się organizując nasze wyprawy wędkarskie do Norwegii, w jaki sposób wybieramy łowiska, czym kierujemy się przy wyborze miejsc zakwaterowania, no i także czym pływamy.


Czytaj

Nasze wyprawy wędkarskie

W dziale znajdują się relacje z naszych ostatnich wypraw wędkarskich do Norwegii. Obejmują między innymi towarzyszące im przygotowania, efekty wędkarskie tych wypraw, jak i ciekawe zdarzenia które miały na nich miejsce.

Czytaj

Loppa - 2015 r


Wyprawa wędkarska - Loppa 2015 r.

Termin:
16.05.2015 r. - 06.05.2015 r.

Miejsce:
Loppa Opplevelser

Uczestnicy:
Już tradycyjnie Ja czyli Mafia, Mariusz – Malutki, Leszek – Lechu, Paweł – Karpik, Piotrek – Budda. W wyprawie wędkarskiej  uczestniczyli także z nami po raz pierwszy Jasiu i Mirek,  jak się później okaże wspaniali koledzy a także specjaliści od halibutów.



Od górze od lewej: Lechu, Mirek, Jasiu, Mafia, nq dole od lewej Malutki, Karpik, Budda.



Ośrodek wędkarski Loppa Opplevelser, który tym razem odwiedziliśmy położony jest w rejonie Finnmark w północnej Norwegii.

Jest to najwyżej na północ wysunięty ośrodek wędkarski do jakiego do tej pory dotarliśmy. W związku z tym pierwszy raz decydujemy się naszą podróż podzielić na dwa dni, nie licząc czasu spędzonego na promie pomiędzy Gdańskiem a Nynashamn.  

Po zjechaniu z promu wbijamy w nawigację miasto Alta, gdzie zarezerwowaliśmy nocleg  na campingu położonym tuż przy rzece Alta.



Podkreślić należy że rzeka ALTA jest celem wielu wędkarzy ceniących metodę muchową, którą można się tu poznęcać nad miejscowymi łososiami. Niestety nie jest to takie proste, chętnych do wędkowania wielu, a możliwość uzyskania licencji uzależniona od szczęścia. Licencje wydawane są często w drodze losowania, a koszty związane z jej zakupem bardzo wysokie. Szanse na spotkanie łososia życia są jednak spore, może więc jednak warto.

Wypoczęci rano zbieramy się w dalszą drogę. Z Alty do naszego celu nie jest już daleko. Ośrodek wędkarski Loppa Opplevelser położony jest na półwyspie, do którego można dotrzeć wyłącznie drogą morską, czeka nas zatem jeszcze jedna przeprawa promowa, Podróż promem trwała ok 2 h, na miejscu lądujemy ok 16:00.

Chwilę później rozpakowujemy się już na miejscu. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie to, że po chwili odkrywamy że właścicielka ośrodka wędkarskiego nie zarezerwowała dla nas drugiej łodzi. Zrobiło się nerwowo, w końcu po 3 dniach podróży z niecierpliwością wyczekiwaliśmy  momentu w którym padnie tradycyjne cała naprzód, a tu niespodzianka. Pierwszego dnia musieliśmy przez to wszystko pływać inna łodzią. Ostatecznie jednak problem został rozwiązany przez Britt, opiekunkę w Loppa Opplevelser.

Podczas naszego pobytu korzystaliśmy z dwóch otwartych łodzi kvaerno, jednej mniejszej o długości 19 stóp (ok. 5,80 m) z silnikiem 60 KM,

i drugiej większej o długości 22 stóp (ok 6,20 m) z mocniejszym silnikiem 115 KM.

W przypadku tej drugiej obawialiśmy się o zbyt duże zużycie paliwa, jak się jednak okazało nie było wcale tak źle. Przyjęty plan pokonywania większych odległości przy prędkości obrotowej silnika 2800 – 3000 obrotów na minutę opłacił się nam finansowo. Ostateczny wynik to zużyte zaledwie 274 litry paliwa łącznie na dwóch łódkach przez pełne 10 dni pływania. Na tak dużym łowisku, gdzie przeloty czasami wynosiły 15 i więcej kilometrów, należy uznać za wynik bardzo dobry. Porównując go przynajmniej z wynikiem osiągniętym przez zaprzyjaźnioną ekipę, pływającą w tym samym czasie po tym samym akwenie. Ich wynik był niemal identyczny, jednak osiągnięty na jednej łodzi Dolmoy z silnikiem 115 KM. Łódź na pewno nieco cięższa od aluminiowych kvaerno, jednak przyczyną większego zużycia paliwa w tym przypadku nie była oczywiście jej większa waga, a przede wszystkim świadomie przyjęty przez kolegów styl przemieszczania się po łowisku. Szybko po prostu oznacza znacznie drożej.

Łowisko na którym przyszło nam wędkować jest łowiskiem bardzo ciekawym, jednym z najlepszych spośród wszystkich na których do tej pory wędkowaliśmy.

Obfituje w niezliczoną liczbę górek podwodnych, ostro spadających stoków i blatów, a także niewielkich „platform”, o czym w dalszej części relacji. Wiele ciekawych miejscówek można znaleźć także na otwartym morzu, do którego z przystani mieliśmy kilkanaście kilometrów. Jednak warunkiem niezbędnym wędkowania na tym łowisku jest stabilna pogoda.

W trakcie naszego pobytu pod presją kilku twardzieli z naszej ekipy wędkowaliśmy na otwartym kilkakrotnie,  jednak ze względu na ujawnioną niemoc jednego z szyprów mało odpornego na trudne warunki pogodowe, postanowiliśmy się skupić głównie na łowisku wewnątrz fjordu.  I była to decyzja ze wszech miar słuszna, tam i tak ewidentnie było więcej ryb.

Pierwszego dnia tradycyjnie  na nowym łowisku przeprowadzamy rekonesans. Ze swoją załogą w składzie której znajdował się kolega Leszek i Piotruś udaję się na stosunkowo niedaleko położone płytkie górki, wypiętrzające się na głębokości 30- 50 m. Obszar tych wypiętrzeń nie był zbyty duży, nie więcej niż 50 metrów długości i szerokości . Echosonda maluje nad szczytami i wokół nich ryby. Obławialiśmy te miejscówki tego dnia przede wszystkim pilkerami, na pokładzie lądowały dorsze, nie za duże, nie większe niż 5 kg. Przy kolejnym najeździe na mojej wędce, na małego solvkrokena siada coś ładniejszego. Branie nastąpiło tuż przy dnie na głębokości ok 30 metrów. Hol trwał zaledwie kilka minut, dorszysko trafiło na mocny zestaw. Na pokładzie ląduje pierwszy ładny dorsz, waga wskazuje 14 kg.  Radość na łodzi ogromna, poważna ryba pierwszego dnia tylko podsyciła i tak już wygórowane względem tej wyprawy wędkarskiej oczekiwania. Robi się późno, obławiamy jeszcze przez chwilę kilka pobliskich górek, jednak już bez większych okazów. Kierujemy się do przystani, pierwszy dzień zaliczony, i co najważniejsze  udany. Czas na kolację i odpoczynek.

Kolejne dwa dni konsekwentnie poświęcamy dalszemu rozpoznaniu łowiska, przeczesując po kolei szereg miejscówek zapisanych jeszcze w kraju w naszych przenośnych GPS-ach. Duża ich liczba oznaczała naprawdę sporo pracy w kolejnych dwóch dniach jakie przeznaczyliśmy na rozpoznanie łowiska. To jedyna słuszna metoda jeśli nie zna się jeszcze łowiska, a po pierwszych dniach rozpoznania bojem mogę powiedzieć tylko tyle, że łowisko w mojej ocenie jest fantastyczne. Po tym okresie mamy już kilkanaście wytypowanych miejscówek po których będziemy się głównie poruszali przez pozostały czas pobytu.

Było to przede wszystkim kilka topowych górek, z których trafialiśmy bardzo ładne dorsze. Ryby były poustawiane na ich obrysach lub przebywały w toni nad ich szczytami. Brania najczęściej następowały w pasie 10-50 metrów nad ich szczytami, w obrysie górek brania następowały także w toni  ale nieco bliżej dna, w pasie wody  do 20 metrów od dna. Coraz częściej zamieniamy pilkery na dozbrojone przez nas duże gumy. Okazuje się to strzałem w dziesiątkę. Odnotowujemy większą liczbę brań, a najmniejsze łowione na gumy dorsze ważyły 7 kg. Następnego dnia nie zauważyłem aby ktokolwiek korzystał z pilkerów.  

Czwarty i piąty dzień staramy się wykorzystać do maksimum, cel mamy jeden, trafić rekordowego dorsza. Napływam po raz kolejny na wytypowaną górkę, ta jest wyjątkowo duża, ok 250 X 100 metrów, w jej najwyższym punkcie echo pokazuje 86 metrów. Trzecie napłynięcie i na dziobie lekkie poruszenie, Leszek aż lekko przyklęknął, po chwili odzyskuje wigor i zaczyna powolny hol. Razem z Piotrusiem czekamy zniecierpliwieni, ale w pełni gotowi do podjęcia ryby na pokład. W końcu się ukazuje, piękny dorsz. Jak tylko go ujrzałem wiedziałem że to waga ciężka, na wagę dorsz wnosi  19 kg. Leszek w pełni uradowany, w końcu personalny rekord. Kolejne napłynięcie i 14 kg ląduje na pokładzie naszej łodzi. Nie jest źle.

 

 Nasza druga załoga pod komendą Malutkiego obrała na pierwsze dni nieco inną taktykę, w głównej mierze obławiając wytypowane przez siebie stoki. Dorszy tak dużych tam nie było, ale trzeciego dnia padły tam pierwsze halibuty, autorstwa Jasia zresztą. Jak się okazuję najprostsze metody bywają najskuteczniejsze, i tak było w tym przypadku. Kawał ryby zawieszony na kotwicy pilkera został nagrodzony  pierwszym i kolejnymi halibutami,  może nie były to okazy na miarę możliwości kolegi Janka, ale nie było to jego ostatnie słowo. Na pokładzie lądowały Halinki w przedziale 10-15 kg.


Kolejny dzień pływania, i przychodzi czas na zmiany. Dorsze jakby przestały być tak agresywne na górkach jak w pierwszych dniach, kolega Malutki ze swoja załogą zaczął łowić ryby inne niż dorsze, tj. halibuty i zębacze pasiaste, zwane pieszczotliwie przez nas kotkami.

Przyszedł w końcu czas na troling. Zbroimy wędziska i lecimy wzdłuż stoku przez parę kilometrów. Postanowiłem spróbować swojej tajnej broni, zakładam imitację flądry i do boju. Przynęty lecą za nami na głębokości ok 20-25 metrów przez ok. godzinę i nic, zupełnie nic się nie dzieje, zbliżamy się do końca fjordu. Postanawiamy wybrać przynęty i spróbować ponownie, tym razem lecąc wzdłuż stoku po drugiej stronie fjordu.  Zabieram się za zwijanie zestawu, widzę już swoją imitację flądry, i tuż za nią przewala się jakieś biało – szare cielsko o długości co najmniej 2-3 metrów, bez żadnej przesady nogi się pode mną ugięły. Nie wiem co mam dalej zrobić, zbierać czy odpuścić, koledzy na mnie patrzą jak na wariata, aż w końcu się sprawa wyjaśnia, cholera … trzy delfiny, kręcą się wokół naszej łodzi. Piotruś chwyta za swoją kamerę podwodną, montuje na wysięgniku i siup z nią do wody, my z Leszkiem zwijamy w międzyczasie  zestawy. Zapominamy przez dłuższą chwilę o wędkarstwie, teraz liczy się tylko przyroda, delfiny wyraźnie znajdują zabawę i tańcują wokół naszej łodzi. Jeden z nich na dłuższą chwilę podpływa pod obiektyw kamery znajdującej się pod wodą, bez przesady pozostaje z nią oko w oko przez około jednej minuty, coś niesamowitego. Jednak jak się później okaże, baterie w kamerze padną po chwili, wielka szkoda. W każdym razie po tym wydarzeniu trolingowi mówimy stanowcze nie. Czas na kotki.


Tych należy szukać na mniejszych głębokościach, tj. do 70 metrów, najlepiej na długich, spokojnie opadających stokach. Takich miejsc na naszym łowisku nie brakowało. Przygotowujemy zestawy na końcu których umieszczamy najtańsze pilkery stanowiące dociążenie zestawu, powyżej najczęściej dwa haki na których umieszczamy kawałki ryb. Metoda prosta i skuteczna, kilka kotków z jednego stoku zawsze nam wychodzi. Największe osiągają 7 kg, rekordy to może nie są, ale co niektóre bardziej szalejące po pokładzie wywołują na łodzi lekkie poruszenie. Szczęki tych ryb robią jednak wrażenie.

Gdybym miał najogólniej podsumować miejsca z których na naszym łowisku wychodziły ładne ryby, to wyglądało by to tak:

- kilka długich stoków 30 -120 metrów  z których także wychodziły duże dorsze, najczęściej 8-12 kg oraz sporadycznie mniejsze halibuty do 10 kg.

- kilka tzw. platform – tj. małych obszarów niewielkiego wyniesienia na blatach dna, obrys których czasami nie był większy niż 15-30 metrów, nad którymi trafiały się halibuty. Atakowały przynęty nad platformami do 40 metrów nad nimi. To że platformy są ciekawymi miejscami niech świadczy fakt że w przeciągu dwóch przelotów nad jedną z nich złowiliśmy 3 halibuty. Niestety niewielkie rozmiary naszych platform oraz znaczna głębokość na których się znajdowały (90- 130 metrów) pozwalały na obławianie ich wyłącznie przy  łaskawej pogodzie,

- kilka łagodnych stoków położonych blisko brzegów z których regularnie wychodziły kotki, znaczy zębacze pasiaste. Rekordów nie było, ale trafiały się także sztuki po 7 kg, więc nie ma co narzekać.

Nasze miejscówki najczęściej obławiane były dużymi gumami typu kopyto czy twister, popularnych firm Savage, Kinetic. Przynęty te obowiązkowo dodatkowo przerabialiśmy, zbroiliśmy, dociążaliśmy do warunków panujących na łowisku, o czym będzie mowa w osobnym artykule. 

Nasze łodzie wyposażone były w ten sam typ echosond firmy Garmin model 520s, który niestety nas nie zadawalał. Jeśli chodzi o nawigację to wszystko w jak najlepszym porządku, natomiast jeśli chodzi o echolokację tu już spore zastrzeżenia. Namierzenie pojedynczych lub przebywających w małych stadach ryb w toni na głębokości 50 metrów i większej jest praktycznie niemożliwe, i to ryb niemałych, bo mowa tu o kilkunastokilogramowych dorszach czy halibutach, które regularnie łowiliśmy przy nic nie wskazującym echolokatorze. Trochę to zaskakujące, a próbowaliśmy chyba wszystkich możliwych ustawień tej echosondy i to na dwóch naszych łodziach, niestety bez rezultatu.
Ale to nas nie zraża, łowisko jest fantastyczne, daje szereg możliwości.

W przyszłym roku tj. 2016 ale także w 2017 jedziemy w to samo miejsce. Jedyna zmiana to łodzie na których będziemy pływali, tym razem czas na Dolmoye wyposażone w inne echolokatory.

Na wyprawę zabierzemy także własne echo do testów. 

 

 

Zespół Norwegia na Ryby

data: 2015-12-05

Zdjęcia z wyprawy wędkarskiej