Artykuły, porady, opinie

Dział który może okazać się pomocny w doskonaleniu własnego warsztatu wędkarskiego, w założeniu ma także stanowić źródło wiedzy z tematów jemu bliskich. W formie artykułów poruszane są w nim między innymi tematy związane z technikami połowu, wykorzystywanym sprzęcie wędkarskim, opisem łowisk morskich oraz wielu innych ważnych dla wędkarza kwestii.

Czytaj

Organizacja własnych wypraw wędkarskich do Norwegii

W tym dziale prezentujemy czym kierujemy się organizując nasze wyprawy wędkarskie do Norwegii, w jaki sposób wybieramy łowiska, czym kierujemy się przy wyborze miejsc zakwaterowania, no i także czym pływamy.


Czytaj

Nasze wyprawy wędkarskie

W dziale znajdują się relacje z naszych ostatnich wypraw wędkarskich do Norwegii. Obejmują między innymi towarzyszące im przygotowania, efekty wędkarskie tych wypraw, jak i ciekawe zdarzenia które miały na nich miejsce.

Czytaj

Engeløya - 2013r.


Czas:        5 – 17 wrzesień 2013 r.
Miejsce:    Wyspa  Engeløya
Gmina:      Steigen
Region:     Nordland
Kraj:         Norwegia

Nasza druga wyprawa do ośrodka Steigen Sjohus na wyspie Engeloya, tym razem miała miejsce we wrześniu. W naszej ekipie pojawiły się trzy nowe twarze.

 

 

Hubert (Senior) - lat 73

Hubert (Senior) - 73 lata

Facet który udowadnia, że wiek to żadna bariera by łowić na głębokościach przekraczających 200 m.  Wprawiał w osłupienie kolegów z multiplikatorami elektrycznymi, a muchomory jak widać na załączonym obrazku zbierał tylko po to żeby udokumentować że w Szwecji rosną nie tylko prawdziwki i czerwone koźlaki.

 

 

Piotrek (Chudy)

Piotr Mistrz kierownicy i reżyser kina akcji, dzięki niemu dni wolne od pływania wypełniane były  kinowymi nowościami.

 

 

 

 

Piotruś (Budda)

Piotr (Budda) Szef kuchni - Nic dodać, nic ująć, po prostu kulinarny Maestro ! Mule (takie paskudy w skorupce) pierwsza klasa, ryby w occie niebo w gębie, inne wynalazki naszego kucharza trudne do opisania, ale smaczne.

 

 

 

 

Droga do naszego ośrodka wędkarskiego przebiegła wyjątkowo bez żadnych przeszkód, pierwszy raz bez czasochłonnych kontroli norweskich celników. Trzeba jednak podkreślić, że nie bez przygód, jak to zwykle bywa na naszych wyprawach wędkarskich. Tym razem dzięki Tomusiowi, który postanowił skrócić naszą długą podróż wyznaczając w swoim telefonie w założeniach trasę krótszą, lepszą i szybszą. No i się zaczęło, kilkadziesiąt kilometrów szutrów po lasach Szwecji spowodowało ostatecznie, że straciliśmy blisko 3 godziny.  Jechaliśmy z prędkością ok.  30 – 40 km/h, ale nie ze względu na szutrową nawierzchnię, lecz bardzo dużą ilość dzikiej zwierzyny, szczególnie łosi. Część naszej ekipy pod pretekstem ciągłej potrzeby wymuszała postoje wpadając w amok zbierania grzybów. Jak patrzyłem na kolegów to stwierdzam że chyba nawet niedźwiedzie nie byłyby ich w stanie z tego amoku otrząsnąć, zbierali je jakby za chwilę miało ich zabraknąć, a ilość zebranych grzybów rosła w zastraszającym tempie. Nawet nie zdążyłem się obejrzeć, a tu koledzy już organizują na pniu kolejne atrakcje, teraz Lechu z Tomusiem przystąpili do pilnych działań, realizując swój niecny plan rozpalenia ogniska i pieczenia kiełbasek. Całe szczęście że  w końcu i grzybiarze i piromani trochę otrzeźwieli i barbecue w Parku Narodowym w Szwecji skończyło się szybko, oj ma ta Polska ludzi.

W końcu ruszyliśmy dalej wyjeżdżając na cywilizowane asfaltowe drogi. Dalsza droga przebiegała już bez żadnych przygód, chociaż muszę przyznać że nasi grzybiarze, jeszcze przez co najmniej dwie godziny przyklejeni do bocznych szyb samochodu zbierali je w myślach na poboczach drogi, co chwilę tylko było słychać ja cię kręcę jaki wielki i tu, i tam, ja pierdzielę, nie wierzę…, zatrzymaj się, proszę. Ale na te prośby byłem już nieczuły, jedziemy przecież na ryby.

Po dotarciu do celu mieliśmy sporo czasu na rozpakowanie, poskładanie sprzętu wędkarskiego i zasłużony wypoczynek, powodem był zbyt silny wiatr którym przywitały nas norweskie fjordy. Jednak prognoza pogody którą otrzymaliśmy od gospodarzy ośrodka przewidywała szybką znaczną poprawę pogody i już następnego dnia można było wypływać z samego rana. Prognozę podczas pobytu na norweskich wyprawach wędkarskich można także sprawdzać samodzielnie, Norwegowie korzystają najczęściej z www.yr.no, zdecydowanie polecamy, prognozy aktualizowane są często. Należy tylko dobrze określić lokalizację, najdalej wysuniętą w łowisko, wówczas stanie się prognozą najbardziej obiektywną. Na naszych łowiskach opieraliśmy się na prognozach dla wyspy Flatoy, najbardziej wysuniętej w morze.

Holowanie łodzi  Pierwsze dwa dni tradycyjnie chcieliśmy przeznaczyć na rozpoznanie łowiska, wykorzystując zebrane z zeszłego roku doświadczenia z wiosennej wyprawy wędkarskiej. Jednak jak się okazało, nie było nam to do końca dane. Już pierwszego dnia jedna z ekip miała bardzo poważne kłopoty z łodzią. Awaria elektryczna (zwarcie) doprowadzało do samoczynnego podnoszenia silnika do góry. Nasze próby ręcznego odłączenia trymu na wodzie nie dawały rezultatu, więc pierwszy dzień skończył się na holowaniu łodzi do ośrodka wędkarskiego.

Próby naprawy łodzi przez norweskich mechaników także okazały się nieskuteczne, co okazało się niestety dopiero kolejnego dnia już na łowisku, z którego to musieliśmy ponownie wracać do bazy w trybie awaryjnym, trzymając w zwarciu przycisk sterujący trymem silnika, tak aby nie wyskakiwał nad wodę w trakcie płynięcia, było to trochę ryzykowne, mogło w końcu spowodować spalenie silnika sterującego ustawieniem trymu, a tym samym nawet w ostateczności do unieruchomienia łodzi na wodzie, ale nie było wyjścia. Wejście do bazy nie jest łatwe, wiedzie do niej wąska ścieżka pomiędzy podwodnymi skałami, miejscami z bardzo płytką wodą. Po powrocie nieco już poddenerwowani poprosiliśmy o wymianę łodzi. Awaryjna łódź którą otrzymaliśmy następnego dnia niestety była z kolei wyposażona w mocno już wyeksploatowany silnik,  który po powrocie należało zalać dużą ilością silnikowego oleju, masakra. Dopiero trzeciego dnia otrzymaliśmy w pełni sprawną łódź, którą zwolniła właśnie grupa Niemców. Od tej pory nasze problemy na szczęście się skończyły i wreszcie w pełni mogliśmy się skupić na wędkowaniu. Dodam tylko że koszty paliwa na holowanie łodzi przez drugą naszą łódź zostały przez Norwegów zwrócone, jednak nerwów i czasu nikt nam już nie zwróci, ale trudno tak czasami bywa.

Mapa 1 Początek naszej wyprawy wędkarskiej uznać więc należy za prawdziwe rozpoznanie bojem. Pomimo tych wszystkich problemów potrafiliśmy jednak wyciągnąć pewne wnioski. Okazało się że miejsca w których łapaliśmy ryby na poprzedniej, kwietniowej wyprawie wędkarskiej okazały się pustynią. Były to wówczas najczęściej płytkie miejsca, górki 30 – 50 m i stoki do 70 – 80 m na południe od naszej bazy, przeczesaliśmy także okolice wyspy Flatoy, wprawdzie  kręciły się przy niej duże stada małego czarniaka, te występowały głównie na niewielkich głębokościach 15 – 35 m, bardzo blisko wyspy,  jednak szukanie większych drapieżników żerujących na drobnicy, w takich warunkach to proszenie się o kłopoty, postanowiliśmy więc szukać dalej, pomimo tego że Norwegowie meldowali o halibutach wyjętych w pobliżu tej wyspy. Prawdę powiedziawszy do tej pory się zastanawiam czy nie powinniśmy pomimo wszystko dłużej jednak pokręcić się przy tej wyspie, ale teraz pozostaje nam już tylko gdybanie.

Mapa polnoc Dzień trzeci to przeczesywanie łowiska na północ od naszej bazy. Jedna ekipa przeczesywała ostre stoki na głębokościach od 150 – 200 m, druga ekstremalnie, stoki 200 – 300 m (tylko nie wiem czemu to ja z kolegami bez elektryków odwalaliśmy tą czarną robotę). To właśnie ten dzień stał się przełomowy dla dalszych losów naszej wyprawy wędkarskiej. Na stokach 200 m i niżej efekty nie były zbyt imponujące, kilka niewielkich molw, kilka niewielkich czarniaków z toni i jedna brosma 9 kg. wyholowana z 270 m, skutecznie nas zniechęcała do dalszego wędkowania w tym miejscu. Co innego na stokach na głębokociach pomiędzy 150 – 180 m, na której „ciężko” pracowała ekipa Tomusia, Lecha i Malutkiego, poza tym ostatnim wyMolwaposażona w multiplikatory elektryczne. Tego dnia odnotowano pierwsze piękne molwy, największa ważyła 18,5 kg, stała się łupem Malutkiego, trafiały się także na tych głębokościach karmazyny do 2 kg.

Czwarty dzień to już czesanie tych miejsc przez obie ekipy. Efektem padły kolejne piękne molwy, 14 kg, 11 kg, 10 kg i wiele z przedziału 5 - 9 kg. Do tego dorzuciliśmy kilkanaście karmazynów jednego rocznika w przedziale 1,5 – 2 kg. Naszym utrapieniem stały się jednak brosmy, które trafiały się znacznie częściej niż molwy i trzeba było coś z tym zrobić, ale o tym szczegółowo w artykule „molwa na leniucha” traktującym o naszej selektywnej metodzie połowu tych ryb.   

MolwaDzień piąty i szósty to kontynuowanie naszych działań na stokach 150 – 180 metrów. W tych dniach dołowiliśmy jeszcze kilkanaście ładnych molw, jednak tylko jedna z nich była słusznej wagi 10 kg, reszta od 5 – 8 kg. Te dni przyniosły jeszcze większe ilości karmazynów, i co ważne jednego halibuta autorstwa Leszka, nie imponował on jednak rozmiarami jak na halibuta oczywiście - 13,5 kg, chociaż każdy z nas pewnie chciałby mieć „chociaż” takiego na wykazie złowionych. Warto także odnotować w tych dniach dwa piękne hole, nie wykorzystane niestety przez nikogo z nas. Najbardziej widowiskowe okazało się branie na kiju Tomusia który, poza regulacją hamulca w multiplikatorze,  stał się biernym obserwatorem jak z jego szpulki zniknęło ok. 100 metrów plecionki, po czym co nieco dziwne nie wytrzymał przypon wykonany z fluorocarbonu o przekroju 0,9 mm. ?...

Dzień siódmy to niestety załamanie pogody które umożliwiło nam wędkowanie przez bardzo krótki czas, bo zaledwie przez trzy godziny. Ostatecznie bez efektów godnych odnotowania zostaliśmy zmuszeni do powrotu do ośrodka wędkarskiego.

Dzień ósmy poświęciliśmy praktKarmazynycznie całkowicie na połowach karmazyna, którego najskuteczniej łowiliśmy w miejscach gdzie nasze echosondy wskazywały głębokości 180 – 220 m.  Niestety na tych głębokościach wspomniane echosondy, w które wyposażone były nasze łodzie nie były w stanie pokazać karmazynów. Te łowiliśmy pomiędzy 5 a 15 metrem nad dnem, na specjalnie do tego celu przygotowanych zestawach. Szerzej o tym w artykule o połowach karmazynów.  Ten dzień przyniósł nam uzupełnienie do maksimum limitów pożądanych przez nas gatunków ryb, czyli molwy i karmazyna.

Kolejne dni zamierzaliśmy podporządkować przeczesaniu jeszcze dalej na północ, ciekawie na mapie wyglądających ostrych stoków. Niestety w normalnych warunkach przyszło nam tam pływać jeszcze tylko kolejnego dnia. Większość z nas wówczas uzbroiła swoje zestawy we wcześniej złowione makrele, prowadząc je cały dzień przy dnie, polując wyłącznie na duże ryby. Niestety oprócz większych molw już nic więcej nie udało nam się złowić co byłoby godne opisania.

Plaża i TomuśDziesiąty dzień to już załamanie pogody i dryfy łodzi o prędkości dochodzącej do ok. 2.5 - 3 km/h i problemy z prowadzeniem zestawów przy obciążeniu nawet 900 g. Wzmagający się wiatr i fala skutecznie zakończyła naszą tegoroczną przygodę z Norwegią. Ostatni dzień to już wiatr o sile dochodzącej do 15 m/s, a to jak się okazało za dużo nawet dla Tomusia. Zatem wolny czas tego dnia poświęciliśmy na spokojnie przygotowanie do drogi powrotnej, oraz na wycieczkę na pobliską plażę, oraz zwiedzanie przez co niektórych baterii Dietl.

Powrót do Nynashamn przebiegał sprawnie, po przejechaniu ok 1000 km, nastąpiła trzygodzinna „przerwa techniczna”, w trakcie której w pozycji niemal siedzącej się przespaliśmy, po czym kontynuowaliśmy dalej podróż już bez żadnych przerw.  Na promie wspólna kolacja, trochę alkoholu, wymiana poglądów, wyciąganie wniosków i znowu jedno jest pewne – kolejna wyprawa wędkarska do Norwegii, o czym na pewno będziemy pisali na naszej stronie.

Podsumowanie wyprawy wędkarskiej:

Ogólnie rzecz biorąc wyjazd należy uznać za udany, zyskaliśmy kolejne doświadczenia – tym razem w okresie letnio-jesiennym, pogoda była stosunkowo dobra, udało się złowić kilka ładnych ryb, głównie ładne molwy, były też dwie „petardy” na kiju, a ekipa była zgrana. Zaskoczeniem było to że nie byliśmy w stanie namierzyć większych stad czarniaka, poza jednym przypadkiem w którym opuszczenie przynęt na głębokość zapisów ryb malowanych w toni przez echo skutkowało wyjęciem kilku czarniaków o wadze do 7 kg.. Jednak nie trafiliśmy na duże stada tych ryb, poza drobnicą tych ryb na górkach, jak również makreli i plamiaków występujących na tym łowisku w tym okresie masowo. 

Co do samego sprzętu, metry na których łowiliśmy powinny być zdecydowanie przeznaczone dla multiplikatorów elektrycznych, 150 metrów i więcej to łowiska wymagające. Wymagające sprzętu niestandardowego, bo oprócz multiplikatorów elektrycznych,  dużego zapasu plecionki (najlepiej 500 – 600 m i więcej), wędziska o szybkiej akcji i nierozciągliwych przyponów (fluorocarbon lub przypony stalowe). Na tak dużych głębokościach wiele zależy od tych czynników.

Zespół Norwegia na Ryby


Wyswietl wieksza mape

data: 2013-09-22

Zdjęcia z wyprawy wędkarskiej